Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Szukanie zaawansowane  

Aktualności:

Strony: [1]   Do dołu

Autor Wątek: Dni niepotrzebne  (Przeczytany 3147 razy)

0 Użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Lolusia666

  • *
  • Płeć: Kobieta
  • Wiadomości: 290
  • Śmierć...
    • WWW
Dni niepotrzebne
« : 2008-06-01, 21:30 »
Ponieważ "Flecik" nie był w moim ulubionym gatunku bardzo trudno i źle było mi go pisać, co nie sprawiało żadnej przyjemności. Postanowiłam więc, że na razie nie będę wychylać głowy z fantastyki, tym bardziej, że przyszedł mi do głowy pewien pomysł. I już na początku mini-spoiler do opowiadania: [spoiler]Opowieść pisana jest w stylu: "byle zabić głównego bohatera na początku, bo tak jest oryginalnie", a następnie od pierwszego rozdziału opisywać całe życie zmarłego od pewnego momentu[/spoiler]. Prolog nieco ckliwy i melancholijny, ale będę głównie stawiała na akcję, walki, krew i przygody w tym opowiadaniu. Aha, mam już 20 stron A4 tego czegoś, co ja zwę opowiadaniem i właśnie przed chwilą zakończyłam pisanie 3 rozdziału. Żeby nie przełużać króciuteńki prolog (który jest ziarnkiem piasku w porównaniu z rozdziałem II ;P).


 Prolog

 „Każdy ma jakieś przeznaczenie… każdy otrzymał sens swojego życia, który powinien wykorzystać bez względu na wszystko… Każdy z nas został obdarzony niesamowitym, nadludzkim talentem, który może, albo nie może rozwinąć… wszyscy muszą się do czegoś w życiu przydać, ale… nie wszyscy otrzymali takie życie, jakie chcieli mieć. Niektórzy zostali głęboko dotknięci przez los – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Innym nie podobało się ich własne życie. Następni nie umieli wykonać swojego przeznaczenia w odpowiedni sposób… a moim przeznaczeniem… była śmierć…”
  Miecz przeciął jej ramię, przebijając na wylot pół jej ciała. Nie zdołała nawet krzyknąć, nie miała już siły. Broń została wyjęta z jej ciała, z którego nagle trysnęła krew. Kobieta uczuła jedynie dotkliwy ból – wiedziała, że wróg miał zamiar przeciąć jej serce. Zachwiała się i upadła na kolana. Oparła się na drżących rękach i spojrzała na ziemię. Krew powoli spływała z jej ciała na ziemię, tworząc kałużę. Zadawała sobie pytanie, czemu ciągle żyje i jest skazana na ten ból. Czemu została uczennicą jednego z najwyższych mistrzów i musi teraz tak bardzo cierpieć… czemu ktoś kiedyś podjął za nią decyzję bycia długowieczną, lecz nie nieśmiertelną…
 Krew była czerwona, pachnąca i wydawała się być słodka. Wsiąkała w ziemię, albo poszerzała kręgi kałuży. Wyschnięta ziemia powoli zaczynała stawać się ciemnoczerwona, jak nieboskłon piekła. Jak palący ogień, który teraz najwyraźniej przeszywał jej ciało. Gdyby mogła sobie ulżyć… gdyby mogła krzyknąć…
 Poczuła łzę, a wraz z nią ukojenie. Następna kropla… i jeszcze jedna… zmywały z jej twarzy brud i resztki zaschniętej krwi z poprzedniej walki. Czarna szata, która została przecięta na wylot ciążyła na niej niczym stalowa płyta. Ręce ugięły się, ciało uderzyło o ziemię. Usłyszała cichy jęk, który najprawdopodobniej wydobył się z jej ust. Czarne włosy lekko zawirowały i upadły na jej załzawioną twarz. Uniosła wzrok ku wrogowi. Obraz był zamazany, ale przynajmniej nie wirował. Postać osłoniła słońce i uśmiechnęła się do niej szyderczo.
 - I na co było poświęcać ci życie dla twojego mistrza, który i tak zaraz do ciebie dołączy?... mogłaś żyć o wiele dłużej, gdybyś nie była tak głupia i nie zabiła sama siebie. Teraz nie zabiję jednej osoby, ale dwie… przez ciebie – syknął mężczyzna w kapturze i uniósł miecz.
 Nagle kilka strzał przeszyło go na wylot. Krew trysnęła z pleców i szybko upadła na ziemię. Kaptur opadł postaci z twarzy. Mężczyzna o krótkich, czarnych włosach i szarych oczach był wyraźnie zdziwiony i… przerażony.
 - Nie pozwolę, aby poświęcenie mojej uczennicy poszło na marne, złoczyńco. Giń… - rozpoznała ten głos. Przez wiele lat słuchała tylko jego, czekała tylko na rozkazy właściciela tonu…
 Zauważyła, że jej zabójca upada. Po policzkach nadal ciekły jej łzy – wiedziała, że mężczyzna nie został obdarzony długowiecznością, tak jak ona i po strzale w serce i głowę umrze natychmiast. Usłyszała, że ktoś podbiega. Wiedziała, kto to będzie, ale powoli ogarniała ją ciemność, a powieki opadały. Dotarł do niej krzyk, ale nie widziała już nic. Czuła tylko palący ból, który wstrząsał jej ciałem. Nie chciała go już czuć… i on odchodził. Powoli uciekał z niej jak powietrze z balonika, zostawiając głęboką pustkę.
 „Kim się stałam?... co się teraz stanie?...”
 Światło. Jasna kropka. Twierdzą, że to ostatni widok umysłu, efekt jak w wygasającym telewizorze. Jasne światło, do którego dążysz jest tylko twoim przewidzeniem, niedoskonałością umysłu… czy to jest prawda? Czy na pewno nic nie ma po śmierci?... „Oby nie. Nie chcę już żyć. Może mam dla kogo i dla czego, ale mimo wszystko za dużo razy udawało mi się jakoś wymigać śmierci… wiem, że uratowałam Mistrza, chociaż tym samym skazałam na śmierć inną osobę… nie śmierć była moim przeznaczeniem – to właśnie uratowanie autorytetu było prawdziwym celem mojego życia.”
 Promienie słońca padły na jej bladą twarz, na której zamalował się ostatni uśmiech. Tak bardzo chciała coś jeszcze powiedzieć, ale żadne słowa nie wydobyły się już z jej martwych ust.
 „Przepraszam… przepraszam, Chimizu-sama… ja naprawdę…”
 „Rozumiem cię… Nie myśl już o tym, Akane… nie musisz… już jest po wszystkim, teraz odejdziesz… już nic nie będzie boleć, ja o to zadbam… Śmierć nie jest straszna, uwierz mi… To tylko krótki dotyk…”
 Głos Mistrza milknął w jej głowie. Ostatnie promienie słońca oświetliły jej twarz. Na krótko. W końcu wszystko, co materialne, w końcu musi zniknąć…


Trochę Japonii, styl bardziej Mangowy... krytykujcie! ;)
Zapisane
Żyć... umierać... być nieśmiertelnym...

"...Zawsze są powody do zabicia człowieka. Nie sposób za to udowodnić, że powinien żyć..."

Jedyna winna. Skazana na śmierć. Fajnie, niee? x3

Dory

  • *
  • Płeć: Kobieta
  • Wiadomości: 2527
  • Khajiit has no time for you! [']
    • WWW
Odp: Dni niepotrzebne
« Odpowiedź #1 : 2008-06-03, 07:45 »
ok.
Cytuj
Miecz przeciął jej ramię, przebijając na wylot pół jej ciała.

spory ten miecz O_o (swoją drogą, sam wyraz "przebicie" kojarzy mi się tylko z "przebiciem na wylot", takie trochę masło maślane )

Cytuj
Nie zdołała nawet krzyknąć, nie miała już siły. Broń została wyjęta z jej ciała, z którego nagle trysnęła krew.

 powtarza się "ciała"

Cytuj
Krew powoli spływała z jej ciała na ziemię, tworząc kałużę.

I znowu

Cytuj
Czarna szata, która została przecięta na wylot
CHolera, to musiała byc naprawdę gruba szata, skoro można było ją przeciąc nie na wylot.

Cytuj
- Nie pozwolę, aby poświęcenie mojej uczennicy poszło na marne, złoczyńco. Giń… -
W tym zdaniu nie ma błędu, ale sam wyraz "złoczyńca" mnie powala, bo oczyma wyobraźni od razu widzę jakąś podniosłą scenę z walecznym ryceżem w roli głównej i piękną księżniczką zaatakowaną przez... złoczyńce.

A ta "sama" to całkiem przyejmny akcencik (chociaż sam klimat jakoś bardzie przywodzi mi na myśl fantastykę w krajobrazie "europejskim" a nie orientalnym, ale może byc)

Dobra, wytknęłam błędy, za godzinę jadę do paryża i zamęcze się paskudo jedna, że nie będe mogła przeczytac dalszej części przez następny tydzień! Jesteś okropna!

Zapisane
Did you want play pazaak?
Mårran

Praying to yourself, my Lord? That's not a good sign. Or perhaps it is. Prince of Madness, and all that.:eh:
give me some fish, give me give me some fish...

lux ferre

anas

  • *
  • Płeć: Kobieta
  • Wiadomości: 4660
Odp: Dni niepotrzebne
« Odpowiedź #2 : 2008-06-03, 17:16 »
Nom, powtórzeń trochę jest (głównie przeciąć i ciało). I ten "złoczyńca" nie pasuje.
Ale ogółem fajne, fajne. Czekam na ciąg dalszy.
Zapisane
"Gdyby istniało Newtonowskie trzecie prawo konwersacji, głosiłoby, że każde stwierdzenie wywołuje kontrstwierdzenie o równej sile i przeciwnym zwrocie."
~Hugh Laurie "Sprzedawca Broni"

Forum Zwierzaki

Odp: Dni niepotrzebne
« Odpowiedz #2 : 2008-06-03, 17:16 »

Lolusia666

  • *
  • Płeć: Kobieta
  • Wiadomości: 290
  • Śmierć...
    • WWW
Odp: Dni niepotrzebne
« Odpowiedź #3 : 2008-06-06, 07:45 »
Dziękuję za komentarze, dzięki, Dory ;*. Postaram się poprawić, ale nie dzisiaj - mam egzamin w muzycznej i zaraz spaaaadam... Ponieważ nie zapowiada się na więcej, daje ciąg dalszy:

Trochę dłuższy :)... możecie się pogubić, ale wszystko się powyjaśnia ;P

Rozdział I

 Niska dziewczyna o blond włosach i zielonych, nieco wystraszonych oczach biegła przez korytarz. Mijała dziesiątki drzwi po obu jej stronach, każde zamknięte i wyposażone w tabliczkę z imieniem właściciela. Internat był bardzo rozległy, ponieważ Akademia nauczała setki uczniów z całego świata Kaën.
 Każde drzwi były do siebie bliźniaczo podobne i gdyby nie obrazy na ścianach, albo kwiaty przy drzwiach nie można byłoby ich rozpoznać. Dziewczyna dobiegła do prawie samego końca korytarza i zatrzymała się przy jednych z drzwi po prawej stronie. Były ozdobione czarnymi wzorami namalowanymi na drzwiach oraz pięknymi obrazami. Uczennica odsapnęła i złożyła ręce jak do modlitwy, przypominając sobie w myślach, co ma powiedzieć. Po chwili zapukała do drzwi.
 - Proszę! – usłyszała.
 Nacisnęła klamkę nieco zbyt nerwowo i drzwi odskoczyły. Dziewczyna natychmiast rzuciła się na podłogę i skłoniła nisko głowę.
 - Przepraszam za ten hałas, Akane-sama!
 Drzwi zakołysały się lekko i zostały zatrzymane przez… uniesioną dłoń jednej z uczennic, siedzącej na krześle przy biurku w swoim pokoju. Była to brunetka o długich, prostych włosach i spokojnych, czarnych oczach. Nie była wysoka, ani niska, natomiast wyglądała, jakby długo nic nie jadła. Była zdziwiona nowym widokiem – rzucanie się na ziemię i ukłony stosowane były zazwyczaj przed mistrzami i ich uczniami, którzy bardzo rzadko witali do Akademii. Byli to ludzie wyższej rangi, prawdziwi bogowie, którzy rządzili Kaën. Do szkoły przybywali wyłącznie, gdy szukali swoich uczniów, albo mieli bardzo ważną sprawę do Dyrektora. Zdarzało się to tak rzadko, że Mistrzowie i ich uczniowie byli niecodziennym widokiem i każdy chciał ich chociaż raz w życiu zobaczyć.
 Ale niedawno do Akademii przybył jeden z wielkich przywódców – Siódmy Mistrz. Jego wcześniejszy uczeń okazał się zdrajcą i uciekł z Kaën do innego, większego świata, w którym panowało zło. Wojny galaktyczne były mało popularne i zdarzały się bardzo, bardzo rzadko – ostatnio przed setkami lat. Ale teraz zapowiadała się właśnie taka między światowa wojna, zapoczątkowana zdradą ucznia Siódmego Mistrza. Ten właśnie przywódca przybył do Akademii i ogłosił, że spośród wszystkich wybierze jednego – lub jedną – który zostanie jego wiernym uczniem.
 Oczywiście nie było takiego, który nie chciałby zaprezentować swoich umiejętności przed tak wielką osobą, więc egzaminy trochę trwały. Akane również wzięła w nich udział, ukazując, jak wykorzystuje swoją siłę magiczną, medyczną, fizyczną i… psychiczną. Była bowiem bardzo rzadkiej rasy - była psychikiem, używała siły woli oraz oczu do walki. Niestety, wiadomo było, że jej ogromna siła nie może się jednak równać z siłą ucznia mistrza – na tym stanowisku były umieszczane przecież same talenty i niesamowici ludzie.
 Wstała z krzesła i podeszła do dziewczyny.
 - Wstań, Ashima-san. Przecież jestem tylko uczennicą, nigdy się tak do mnie nie zwracałaś! Czy stało się coś, o czym ja nie wiem?
 Blondynka spojrzała na pochylającą się nad nią dziewczyną. Długie włosy prawie sięgały jej głowy, a miły uśmiech sprawiał, że nieśmiała uczennica poczuła się trochę raźniej. Znała Akane dość długo, w Akademii były razem po sześć lat. Jedyną przeszkodą na drodze do ich przyjaźni były zupełnie inne kierunki – Ashima była zwykłym człowiekiem i nie posiadała żadnych umiejętności, tak więc od dziecka szkolono ją fizycznie. Nie była wysoka, ale za to szybka i zwinna, a jej siła sprawiła, że stała się jedną z najlepszych dziewczyn na kierunku siłowym.
 Akane natomiast była psychikiem, ale jej talenty rozwijały się od urodzenia pod presją ojca, który dbał o to, by ciągnęła tradycję silnego i niepokonanego ostatniego psychicznego rodu. Ostatniego, jaki istniał. Po śmierci ojca dziewczyna była rok przed Akademią, była już na pewnym poziomie, tak więc nie potrzebowała uczyć się tego samego w szkole. Wybrała więc kierunek medyczny, aby kształcić się także pod tym względem, ale nie zrezygnowała z treningów psychicznych, które odbywała indywidualnie.
 W ostatnim, szóstym roku w swojej klasie medycznej z drugiego oddziału – każda klasa dzieliła się na oddziały, względem umiejętności – przeszła do pierwszego, gdzie najwybitniejsi, najstarsi uczniowie szczycili się nazwą „Elity”. Co prawda w swoim oddziale była najgorsza, ale bardzo cieszyła się, że mogła chociaż pod koniec swojego akademickiego życia dostać się do czołówki.
 I teraz, w środku roku pojawiła się szansa, że szybciej zakończy szkołę i trafi do Mistrza – do jednej z władz całego świata. Nie marzyła o tym nawet, gdyż w cieniu swojego pierwszego oddziału (który z resztą mówił tylko o tym, że będzie to ktoś z nich) nie przyjmowała do wiadomości tej informacji. Zapewne nie poszłaby w ogóle na ten egzamin, gdyby nie Ashima. To jej zawdzięczała ujrzenie Siódmego Mistrza.
 Kiedy weszła do sali, natychmiast upadła na kolana (tak jak przed chwilą jej koleżanka) i zacisnęła mocno powieki, wiedząc, że nie będzie godna ujrzeć ów potężnego człowieka. Miała zawrócić, miała uciec, ale powstrzymał ją jego łagodny, miły głos, jakby wypowiedziany z radością:
 - Wstań. Ty nazywasz się Tahora Akane?
 Zdecydowała się otworzyć oczy i unieść lekko głowę, ale nie wstała. Przy długim stole siedziało kilku profesorów z Akademii, a po środku Dyrektor i Mistrz. Pan był to błękitnowłosy, wysoki mężczyzna o… kocich oczach i o kocich uszach oraz długim, miękkim ogonie. Był ubrany w długi płaszcz pozbawiony kaptura o kolorze ciemnoszarym. Jego długie włosy łagodnie staczały się po ramionach aż do łokci, a połyskujące, zielonkawe oczy patrzyły na nią ciekawie.
 - T-tak, Wasza Ekscelencjo – odparła cicho Akane, cała drżąc.
 Miała tego dosyć. Chciała wyjść z tej komnaty, chciała uciec. Jedyne, co ją powstrzymywało, to długie spojrzenie Mistrza – tak łagodne, tak miłe i tak spokojne. Teraz dopiero zorientowała się, jaki on jest naprawdę.
 - Wstań, Akane-san. Przecież oprócz miana nie ma we mnie nic nie zwykłego, mów więc do mnie Chimizu-sama, dobrze? – spytał łagodnie Mistrz.
 Brunetkę sparaliżowało ze strachu. Jedyne, co do niej dotarło, to myśl: „muszę zapamiętać te słowa… są tak mądre… może kiedyś będę mogła ich użyć, tak jak on…”
 Tak więc właśnie w tej chwili, pochylając się nad Ashimą, Akane wypowiedziała podobne słowa. Zauważyła, że blondynka trzęsie się prawie tak samo, jak ona, gdy stała przed Mistrzem. Cała sytuacja wyglądała zadziwiająco podobnie. Coś było nie tak. Nagle jakiś skurcz przebiegł po jej ciele, tak, że poruszyła się gwałtownie.
 - Ashima… nie mów mi, że… - umilkła.
 Blondynka widząc, że nie przerwie dziewczynie przemowy, zgodziła się wyszeptać:
 - Tak, Akane-sama. Mistrz wybrał cię na swoją uczennicę.

*

 Znowu stała pośrodku swojego pustego teraz pokoju. Z żalem spoglądała na spakowaną walizkę, na ściany bez jej własnoręcznie wykonanych obrazów, bez kwiatów, które musiała zwrócić Akademii… westchnęła i usiadła na brzegu pięknie wyścielonego łóżka. Teraz pozostało jej czekać na znak, że Mistrz ją oczekuje.
 Więc od teraz nie była Akane Tahorą, uczennicą szóstego – a zarazem ostatniego – roku w Akademii, sierotą, ostatnią z rodu. W jednej chwili stała się Akane-sama, uczennicą, ale tym razem wielkiego Siódmego Mistrza Ataki Chimizu. Ta reforma uderzyła w nią jak potężny głaz w nienaruszoną dotąd taflę wody. Nie umiała myśleć w inny sposób. Ciągle stała przy tym samym epizodzie w jej życiu. I, w głębi serca, nie chciała się z niego ruszać. Owszem, nowa sytuacja była kusząca, a Mistrz był przyjazny i mógł się okazać jej nową rodziną i oparciem… ale w tej Akademii zostawiła część siebie.
 - Akane-sama…?
 Nie zauważyła, kiedy drzwi otworzyły się. Do środka wślizgnęła się Ashima, której Akane uprzednio powiedziała, by – jeśli chociaż nie umie się powstrzymać przed nowym mianem – to niech chociaż nie upada na kolana.
 - A, tak, Ashima-san. Czy Mistrz już na mnie czeka?
 Blondynka usłyszała w jej słowach dziwny smutek i żal. Ona też bardzo przeżywała to odejście mimo, iż wcale nie były sobie tak bliskie. Dobrze pamiętała dzień, w którym obie zdawały egzamin do szkoły, a później – niedawny poranek – kiedy obie przystępowały do innego egzaminu. Przed tym samym Mistrzem.
 Ashima nie czuła zazdrości – była tylko nędznym człowiekiem, który mógł być tylko wykształcony pod względem fizycznym. Z góry przewidywała, że nikt z kierunku fizycznego nie zda do tego Mistrza. Kiedy usłyszała, że ma zanieść Akane wiadomość o jej awansie, pod blondynką ugięły się nogi. Wtedy jeszcze nic nie czuła – ani radości, ani żalu, czy też może przeszywającego smutku.
 - Tak. Przed Akademią.
 - Dobrze – odparła szybko Akane, aby koleżanka nie zauważyła jej narastającego smutku.
 Już miała chwycić swój spakowany bagaż, kiedy zauważyła na nim rękę Ashimy. Nie widziała jej oczu, skrytych pod warstwą włosów. Nie chciała widzieć.
 - Mam znieść twoje bagaże, Akane-sama.
 Brunetka chciała zaprzeczyć, ale z jej ust wydobył się tylko cichy jęk. Raz jeszcze spojrzała na pokój i ruszyła za Ashimą. Szły długim korytarzem w milczeniu – nie musiały mówić, wiedziały, co czują. Chociaż nie znały się wyjątkowo dobrze, kto nie mógłby teraz czuć uczuć za dwoje?
 W końcu, po paru minutach doszły do schodów. Ashima z łatwością przerzuciła bagaż przez jedno ramię i – przeskakując co dwa stopnie – zaczęła szybko schodzić. Za nią szybko zbiegała Akane – miała na sobie krótki płaszcz bez rękawów, zakrywający wszystko do łokci (coś w rodzaju poncho), związany z przodu sznurem z herbem jej rodu. Ubrana była w długie kimono koloru ciemnoszarego, podobnego odcieniem do koloru ubioru Mistrza.
 W końcu zeszli do podłużnego hallu, skąd wyszli na zewnątrz – przed Akademią rozrastał się wspaniały, kolorowy ogród, w którym kwitły jedne z najrzadszych i najpiękniejszych kwiatów. Po środku wiła się zacieniona aleja, a nad nią zawisły potężne gałęzie starych drzew. Uliczka wiła się bardzo długo, aż nie napotkała bramy – doskonale bronionej – przez którą można było wyjść poza szkołę.
 Ogrody były potężne – ciągnęły się kilometrami, hektarami, a o każdy kawałek ogrodnicy dbali aż nadto. Może dlatego wszyscy uczniowie tak uwielbiali ten kącik.
 Na środku alejki stały dwa rumaki – jeden biały i jeden czarny. Na jednym z nich siedział już Mistrz Chimizu, otoczony przez ochroniarzy z Akademii. Wszyscy uczniowie byli teraz na zajęciach, pomijając – rzecz jasna – Akane i Ashimę, która od zawsze służyła profesorom jako goniec i pomagająca ze wzglęgu na jej siłę, szybkość i spryt.
 Blondynka natychmiast postawiła bagaż i rzuciła się na ziemię, ale Akane – wiedząc, że Mistrz kazał jej zrobić coś zupełnie innego – skłoniła nisko głowę i zamknęła oczy.
 - Dzień dobry, Chimizu-sama – powiedziała drżącym głosem.
 Dopiero, kiedy odpowiedział jej wesołym głosem:
 - Och, witaj, Akane! – otworzyła oczy i lekko uniosła głowę.
 Mistrz wskazał ręką na czarnego, wolnego konia i uśmiechnął się do nowej uczennicy. Akane spojrzała na Ashimę i ukucnęła przy niej. Ta spojrzała na nią swoimi zielonymi oczyma.
 - Wstań, proszę – powiedziała brunetka.
 Ashima posłusznie wstała, a to samo zrobiła nowa uczennica. Po chwili objęła ją przyjaźnie ramieniem i uścisnęła mocno. Blondynka usłyszała tylko:
 - Powodzenia, Ashimo. Kiedyś i ty będziesz błyszczeć, każdy przecież ma swoją szansę w życiu.
 - Dziękuję, Akane-sa… Akane. Powodzenia.
 To mówiąc uwolniła się z jej uścisku i skłoniła się – zarówno przed Mistrzem, Akane, jak i nadchodzącym, starym dyrektorem, po czym ze łzami w oczach odbiegła do budynku.
 Dyrektor był starcem o zimnych oczach i zgarbionej posturze. Nigdy nie zapuszczał włosów na głowie, ale bródkę - i owszem. Była to mała, nieco zadarta kępka splątanych i przetłuszczonych włosów. Dyrektor zdobył się na wymuszony uśmiech i rzekł:
 - Gratuluję ci, Akane. Odtąd będziesz żyć jako uczennica Mistrza.
 - T… tak, sir – odparła.
 - Jedźcie ostrożnie, Chimizu-sama. Mam nadzieję, że droga będzie wam sprzyjała – odmówił główne pozdrowienie dla podróżujących dyrektor i podszedł do Mistrza, zniżając głos do szeptu. – Mam nadzieję, że w końcu poprawi się wasza sytuacja.
 Chimizu spojrzał na dyrektora, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Przez chwilę nic nie mówił, po czym stwierdził poważnie:
 - Akane jest teraz moją uczennicą i również została zamieszana w te sprawy polityczne, tak więc sądzę, ze również może o wszystkim wiedzieć. Tak, sprawa jest dość poważna, zwłaszcza, że szykuje się poważna wojna. Musimy bardzo uważać, szczególnie jadąc przez góry, ale niech się pan nie martwi – nic się nam nie stanie.
 Te słowa zdziwiły brunetkę. Dyrektor nigdy o nikogo się nie martwił, a nawet o to nie dbał, dziwiło więc ją, że jej Mistrz zwraca się tak do starca. Szczególnie, że nie mówią do siebie po imieniu. Ale zaraz zorientowała się, że w głosie Chimizu brzmiała zimna nuta, znacząca, że nie bardzo lubi dyrektora.
 - Przekaż szanownemu Drugiemu Mistrzowi wszystkie raporty zaraz, gdy przyjedziesz. Mam nadzieję, że wszystkiego się od ciebie dowiedziałem przez te trzy dni twojego pobytu tutaj, Chimizu-sama?
 - Oczywiście, przedstawiłem ci całą naszą sytuację. Pamiętaj, że najprawdopodobniej nie chodzi im o opanowanie szkoły. To znaczy, nie w pierwszej kolejności. Tak więc powinieneś być spokojny i nie angażować uczniów w tego typu sprawy, a już – broń Boże – w niepewną jeszcze wojnę.
 Dyrektor skinął głową i cofnął się o krok. W jego oczach pojawiła się iskra gniewu, wargi rozchyliły się nieznacznie, a później znowu zamknęły. W końcu rzekł:
 - Pozwól, że sam zadecyduję, co jest dobre dla moich uczniów.
 - To był rozkaz, panie Dansuya. Oto po co żyją na tym świecie Mistrzowie. Tak więc, do zobaczenia, proszę pana.
 - Do widzenia – odparł zimno dyrektor i Akane wiedziała, że więcej nie życzy sobie w jego Akademii obecności Siódmego Mistrza, Chimizu.
 Akane ukłoniła się przed swoim byłym przełożonym i natychmiast wsiadła na konia. Chimizu spojrzał na nią i westchnął. Jeden z ochroniarzy przyprowadził jeszcze jednego konia, na którym zostały umieszczone wszelkie bagaże. Następnie został on dowiązany do rumaka Mistrza.
 - Jesteś gotowa, Akane? – spytał miłym, spokojnym tonem, a uśmiech powrócił na jego twarz.
 - Tak jest, Chimizu-sama! – odparła brunetka, wciąż jeszcze niezbyt oswojona z nową sytuacją.
 - Więc ruszamy. Niestety, jak wiesz, ta Akademia jest oazą na niewielkiej pustyni, przez którą będziemy zmuszeni się przeprawić. Później pojedziemy przez las, w zupełnie innym kierunku, niż twoje rodzinne miasto. Tam będziemy musieli przejść tylko przez las i góry, a dalej już poprowadzę cię ja. W sekretne miejsce siedziby Mistrzów i ich uczniów. Ruszamy.
 Ich konie od razu zrozumiały, o co chodzi Mistrzowi. Ruszyły galopem. Chimizu na swoim białym rumaku jechał pierwszy, za nim podążał dowiązany, srokaty koń, a na końcu galopował czarny koń Akane.
 - Widzisz, sprawa jest poważna. Zapewne wiesz, czemu wybierałem nowego ucznia, musisz też wiedzieć sporo o naszej sytuacji – w końcu tylko o tym się teraz mówi. W związku z tym i ja poznałem cię lepiej, stąd wiem, skąd pochodzisz. Kiedy wyjedziemy za bramy Akademii opowiem ci o wszystkim, o czym powinnaś wiedzieć.
 Zauważyli koniec Alejki i potężną, czarną bramę. Przed nią i za nią stało po dziesięć ochroniarzy, a sama granica chroniona była przez różne czary i sztuczki magiczne. W zasadzie dużym błędem było, że tylko sama brama i potężne mury, a sama Akademia była nienaruszona przez zaklęcia, ale dyrektor miał już w sobie to, że nie dopuszczał do siebie informacji, że popełnił jakiś błąd. W sumie było to już widać w jego rozmowie z Chimizu.
 Widząc, że zbliża się Mistrz ze swoją nową uczennicą, ochroniarze natychmiast otworzyli bramę i konie nawet na chwilę nie zwolniły. Akane odetchnęła. Teraz poczuła, że naprawdę zaczęło się jej nowe życie.

Pozdrawiam =).
Zapisane
Żyć... umierać... być nieśmiertelnym...

"...Zawsze są powody do zabicia człowieka. Nie sposób za to udowodnić, że powinien żyć..."

Jedyna winna. Skazana na śmierć. Fajnie, niee? x3

anas

  • *
  • Płeć: Kobieta
  • Wiadomości: 4660
Odp: Dni niepotrzebne
« Odpowiedź #4 : 2008-06-06, 17:08 »
Niska dziewczyna o blond włosach i zielonych, nieco wystraszonych oczach biegła przez korytarz. Mijała dziesiątki drzwi po obu jej stronach, każde zamknięte i wyposażone w tabliczkę z imieniem właściciela. Internat był bardzo rozległy, ponieważ Akademia nauczała setki uczniów z całego świata Kaën.
 Każde drzwi były do siebie bliźniaczo podobne i gdyby nie obrazy na ścianach, albo kwiaty przy drzwiach nie można byłoby ich rozpoznać. Dziewczyna dobiegła do prawie samego końca korytarza i zatrzymała się przy jednych z drzwi po prawej stronie. Były ozdobione czarnymi wzorami namalowanymi na drzwiach oraz pięknymi obrazami. Uczennica odsapnęła i złożyła ręce jak do modlitwy, przypominając sobie w myślach, co ma powiedzieć. Po chwili zapukała do drzwi.
 - Proszę! – usłyszała.
 Nacisnęła klamkę nieco zbyt nerwowo i drzwi odskoczyły.

Powtórzenia.
A, i tych "ochronizarzy" mogłabyś zamienić na strażników, lepiej będą pasowali do tekstu.

Ogółem fajna fabuła, ale mam nadzieje, że niedługo rozwinie się jakaś akcja.
Zapisane
"Gdyby istniało Newtonowskie trzecie prawo konwersacji, głosiłoby, że każde stwierdzenie wywołuje kontrstwierdzenie o równej sile i przeciwnym zwrocie."
~Hugh Laurie "Sprzedawca Broni"

Lolusia666

  • *
  • Płeć: Kobieta
  • Wiadomości: 290
  • Śmierć...
    • WWW
Odp: Dni niepotrzebne
« Odpowiedź #5 : 2008-06-10, 14:37 »
Dużo mam czytelników. Dziękuję, Anas ;*. Rozdział następny, troszeczkę dłuższy ^^"

Rozdział II

 Chimizu spojrzał na Akane i odetchnął głęboko. Wiedział, jak wiele będzie musiał opowiedzieć swojej nowej podopiecznej. Doświadczenie nakazywało mówić mu od początku do końca, ale wiedząc, jak bardzo przerażona będzie brunetka, postanowił zacząć najpierw od najbardziej przyjemnych rzeczy.
 - Kiedy dojedziemy na miejsce dokonamy jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie mianowania ciebie na nową uczennicę. Zyskasz prawo do bycia kimś takim i długowieczność. Ja to nazywam „śmiercią na raty”. Będziesz żyła dwa razy dłużej, ale i tak kiedyś umrzesz, niekoniecznie od miecza, czy strzały. Tylko Mistrz może być nieśmiertelny do czasu, aż nie zginie w walce. Czasami jest i tak, że uczniowie przemijają, a ich nauczyciel wciąż jest. Tak stało się z kilkoma z nas, którzy od początku świata czuwają nad prawem. Ale muszę ci chyba wszystko opowiedzieć od początku.
 Odetchnął głębiej. Akane zauważyła brak ścieżki i nakazała rumakowi podjechać bliżej boku białego konia Mistrza, aby lepiej słyszeć jego słowa. Zaczynała się ciekawsza opowieść, tak więc spojrzała na nauczyciela. Ten patrzył na horyzont.
 - Jak wiesz, kiedy nasz świat powstał, nie było żadnych ludzi. Nie było też innych ras, z którymi teraz się spotykasz. Były tylko gnomy i sanaty – stworzenia nie myślące, można by rzec, że nie posiadające umysłu. Toczyły one ze sobą ciągłe bitwy, umierały. Nie dbały o higienę, toteż rozwijały się między nimi epidemie. Żyła też wówczas osoba, która jako jedyna we wczesnym Kaën posiadająca zdolność rozumowania. Ale! cóż to była za zdolność! Postać ta była niezwykle mądra, miała wiele talentów, oraz niezwykłą moc. Ponieważ nie lubiła ciągłych walk i śmierci, zakończyła wszystko, mianując się Mistrzem. Był to Pierwszy Mistrz.
 Rozstrzygał wszelkie bitwy, leczył choroby, pomagał naturze się rozwijać. Był prawie nieśmiertelny, jak my i tylko święty miecz mógł go zabić. A święty miecz jest to broń niesłychanie potężna, jedyna w swoim rodzaju, która dawno temu gdzieś przepadła.
 Z czasem doszło do ewolucji – gnomy zmieniły się w ludzi, a sanaty w inne rasy, które łączyły się, tworząc jeszcze inne. W końcu Kaën było tak potężne, że trzeba było innych strażników. Wówczas Pierwszy Mistrz wybrał sobie czternastu innych, wybranych i nadał im kolejno imiona – Drugi Mistrz, Trzeci Mistrz i tak aż do piętnastego. Każdy miał równe prawa i obowiązki, każdy te same przywileje. Wszyscy rządzili Kaën i nie było podziału na ziemie, tak więc nie kłócili się. Żyło im się dobrze. Wtedy Pierwszy Mistrz powołał uczniów, aby w razie nagłej śmierci Mistrza mógł go ktoś zastąpić. Też nadał im - władcom - niezwykłą zdolność, taką, jak miał on sam. Byli prawie nieśmiertelni, ale mogli zginąć od każdej broni, nie tylko od owego świętego miecza.
 Pierwszy żył jak pustelnik i niewielu mogło go widzieć. W zasadzie jedynymi, którzy go ujrzeli był Drugi oraz Trzynasty. Ukazywał im się pośród mgły, jak jakiś Bóg i nadawał instrukcje, ale każdy z Mistrzów i każdy na świecie zdawał sobie sprawę, że istniał. I kiedy wszystko było w porządku, Pierwszy Mistrz przepadł bez śladu.
 Jak wiesz, nasz Drugi Mistrz cały czas żyje, odkąd powołano go na nauczyciela. Miał już kilkunastu uczniów, ale każdy umierał. Teraz to on zarządza nami, kiedy nie ma Pierwszego. Jest jedynym z nauczycieli, który żyje od początku. Wszyscy zdążyli się już zmienić. Na przykład ja miałem tylko dwóch poprzedników i niektórzy z nas jeszcze ich pamiętają. Cóż – można by rzec, że jestem jeszcze młody – uśmiechnął się.
 - Ale, cóż, Drugi po tylu latach wreszcie zapomniał wizerunku Pierwszego i… nie wiadomo, jak wyglądał. Ale wszyscy wierzą, że on gdzieś jeszcze jest i tak naprawdę kiedyś przyjdzie, aby nas uratować. Być może będzie to koniec wszystkiego. Zrozumiałaś?
 Akane kiwnęła głową. Wszystko wydawało jej się takie inne – zupełnie zapomniała już o Akademii i o wszystkim, co zdarzyło się kilka lat przedtem. Zaczęła pojmować, kim ma się stać i czemu.
 - Dobrze. Każdy Mistrz stoi na straży porządku w tym świecie, więc co chwilę oboje będziemy musieli wyruszać na długie misje i wyprawy. Nie będzie to wygodne, ale taka już jest nasza rola, niestety. Mistrzowie spotykają się w jednej komnacie budynku, do którego zmierzamy. Nie wolno tam wejść uczniom, tylko "władcy" się tam naradzają. Później przekazują informacje podopiecznym. Będziesz miała co jeść i gdzie mieszkać. Cały czas, prócz narad Mistrzów i nocy, będziesz ze mną i tylko ze mną. My, nauczyciele, nie możemy poruszać się bez naszych podwładnych, rozumiesz? Moim zadaniem będzie cię uczyć, a twoim – pomagać mi i w razie potrzeby zastępować. Dobrze, a teraz kilka spraw politycznych – westchnął.
 Akane wiedziała, czego ma się tutaj spodziewać, ale milczała. Pustynny krajobraz ogarnął ich, słońce grzało w głowy, brunetka zaczynała się powoli pocić. Nie było nic widać poza piaskiem, albo wyschniętą, popękaną ziemią.
 - Wiesz, o naszej tragicznej sytuacji. Stan wojenny nie jest jeszcze wprowadzony, ale przypuszczamy, że wojna się zacznie, toteż przygotowujemy wojska. Jeśli dojdzie do potyczki, możemy dowodzić jednym z Oddziałów. Nic nie obiecuję. Po drugie zostaliśmy zdradzeni, czyli wróg coś o nas wie, a my nawet nie wiemy, kim on jest – Mistrz westchnął. – Cóż, możemy trafić także na misję zwiadowczą, która będzie najgorszą z tych, które mogą nas spotkać. Wzrasta niebezpieczeństwo śmierci. I jeszcze jedno – nikt cię nie będzie traktował ulgowo, jeśli jesteś nowa. To bardzo źle, ponieważ nie umiesz jeszcze wielu rzeczy i – być może – źle będziesz wykonywać trudniejsze misje, jeśli takie ci się trafią. Ale jestem po to, żeby cię tego wszystkiego nauczyć. No dobrze, czeka nas jeszcze długa droga, a z tych solidnych podstaw to było wszystko, co na razie miałem ci do powiedzenia. Możesz mnie teraz pytać o co chcesz.
 Akane skinęła głową, a chwilę później odetchnęła. Nie wiedziała, że to może być aż tak trudne zadanie… no właśnie. Trudno jest być czyimś uczniem…

*

 Cały dzień przeprawy przez pustynię minął jako jedna, wielka rozmowa. Akane chciała wiedzieć wszystko, co działo się teraz wokół niej, a Mistrz cierpliwie wszystko jej wyjaśniał. Kiedy zaczęło się ściemniać, wysoka temperatura utrzymująca się przez cały dzień gwałtownie spadła. Chimizu zatrzymał konie pod małą skałą i natychmiast wyciągnął ze swojego tobołka dwa patyki.
 - Wiem, że potrafisz rozpalić ogień siłą swojej woli. Chcesz rozpalić ogień – rozpalasz ogień – masz ogień. Chcę to zobaczyć, ponieważ mam pewne wątpliwości co do twoich technik…
 Akane zabrała oba patyki, ułożyła w krzyż na suchej ziemi i wyciągnęła rękę. Po chwili w oczach Chimizu widać było płonący ogień. Mistrz uśmiechnął się.
 - Bardzo dobrze, ale moje obawy spełniły się. Będziemy musieli nad tym poćwiczyć, ale nie pytaj o to, co robisz źle. Co do trasy - jutro późnym popołudniem powinniśmy dotrzeć do lasu, do którego wjedziemy, a w górach powinniśmy być kilka dni później. Tam trzeba będzie dwa dni wędrówki do naszej kryjówki – jest ona dobrze ukryta. Tam dowiesz się, co mam teraz na myśli.
 Mistrz wyciągnął dwa kawałki surowego mięsa.
 - Cóż, teraz będziemy je musieli jakimś cudem upiec – powiedział z uśmiechem.
 Podczas całego dnia wędrówki Akane przekonała się, że Mistrz nie jest kimś niezwykłym – jest normalną istotą, może nie człowiekiem, ponieważ miał coś z kota, ale za to był tylko trochę silniejszy od innych. Nic wielkiego. Żartował, mile uśmiechał się, opowiadał różne historie… o nim można było rozmawiać godzinami o jednym – zawsze zauważał to, czego nie umieli dojrzeć inni. Szczególnie uwielbiał tematy związane z pogodą, ponieważ starannie ją obserwował. Akane dowiedziała się, że Mistrzem naprawdę jest od niedawna – Siódmym został osiem lat przed jej przyjęciem w krąg uczniów. Dla niego był to „jeden dzień”, na co Akane nieśmiało uśmiechnęła się.
 Siedzieli przy ognisku i zajadali mięso. Mistrz patrzył na wschodzący księżyc i pojawiające się gwiazdy.
 - Uwielbiam ten widok. Kocham gwiazdy, pustynne, nocne powietrze, jasny blask księżyca… uwielbiam żyć – powiedział Mistrz. – Widzisz, Akane, życie zawsze jest piękne do momentu, no, może do momentu, w którym nie przestaniemy tak twierdzić. To niebywałe piękno i sens znikają, kiedy zaczynamy sądzić, że ich nie ma. A one są do końca… i tutaj sprawdza się stare powiedzenie, że nadzieja umiera ostatnia.
 Brunetka skinęła głową, po czym przeżuła kęs mięsa. Było wyśmienite. Chimizu spojrzał raz jeszcze w gwiazdy. W momencie, gdy ona poruszyła się, od razu wypalił:
 - Pytaj, śmiało. Ale ja też będę mieć w takim razie do ciebie pytanie, dobrze? Jeśli zgodzisz się, odpowiem ci na twoje wszystkie zapytania.
 Akane nie była już zdziwiona tym, że wszystko wyczuł – po prostu była tym przerażona. Mimo to skinęła głową i opuściła ręce, w których trzymała swój kawałek mięsa.
 - Kim ty jesteś?... Być może nie powinnam pytać…
 - Nie, mówiłem, że jeśli zgodzisz się na moje pytanie, to odpowiem na to. Po drugie jesteś teraz moją uczennicą i powinnaś wiedzieć o wielu rzeczach, o których nie powinni wiedzieć inni… wiem, jaki jest pierwotny sens twojego pytania, ale opowiem ci wszystko od początku, dobrze?
 Skinęła głową. Nie oczekiwała, że pozna całą historię swojego Mistrza. Wolała nie jeść teraz kolacji, żeby nie ominął jej żaden najmniejszy fragment opowieści – zastygła więc w bezruchu i oczekiwała na opowieść.
 - Widzisz, Akane, niewielu ludziom opowiadam moją przeszłość. Ale mówię ją zawsze swoim uczniom. Urodziłem się na samym koniuszku tego świata, w biednej wiosce i w biednej rodzinie. Jako pierworodny, a zarazem chłopiec – miałem bowiem jeszcze malutką siostrzyczkę – miałem zawsze najwięcej pracy. Mimo to nie narzekałem. Właśnie, gdy byłem w wieku przedszkolnego urodziła mi się ta siostra. Zdziwisz się, ale mimo fascynacji jej młodymi rączkami i nóżkami nie pamiętam teraz jej imienia. I żałuję tego.
 Byłem zwykłym człowiekiem – żadnym kotem, czy czymś w tym rodzaju. Uwielbiałem za to historie o Mistrzach i o przeszłości naszego wspaniałego świata. Fascynowało mnie wszystko, co było związane z magią, której zwykły człowiek nie mógł poznać.
 Gdy miałem lat siedem, zostałem wplątany w wojnę domową. Byliśmy tak zajęci walką, że nikt nie zauważył naszego wspólnego wroga. Cóż… był to potężny kot owładnięty zabójczą klątwą Yetwo. W czasie bitwy podkradł się i ukąsił dwie osoby z – akurat – naszej wioski. Byłem to ja oraz mój starszy o kilka lat przyjaciel.
 Długo walczyłem z chorobą, która powoli spijała ze mnie życie. Stałem się chudy, mały i bezużyteczny. Jedyne, co trzymało mnie przy życiu to słuchanie opowieści i ich opowiadanie. W niecały rok stałem się groźnym dla środowiska pół-kotem. Zmieniły mi się na przykład uszy, wyrósł ogon, oczy zupełnie zmieniły swoją barwę i wygląd… jednak okazało się, że wcale nie jestem takim bezużytecznym śmieciem – walczyłem z wadami choroby i brałem tylko zalety. Między innymi zyskałem talent do sił magicznych i dostałem niesamowite zdolności. Musiałem je jednak na początku opanować, by ich używać. Wyostrzyły mi się zmysły, stałem się szybki, zwinny i silny, opanowałem wiele czarów. Mój przyjaciel nie przeżył tego.
 Ale, niestety, walka między wioskami trwała. Wymordowano wiele ludzi… w końcu padł też mój ojciec, a moja matka zaginęła i odnaleziono ją martwą na samym krańcu świata, gdzie wszystko się kończy i jeśli ktoś dotknie czarnej ściany, umrze. Moją matkę najprawdopodobniej rzucono o tę ścianę.
 Od tego czasu przejąłem obowiązki domowe – opiekowałem się siostrą i dbałem o nią. Aż do czasu, gdy ona miała lat sześć, a ja byłem na piątym roku w Akademii. Cóż, chyba wiesz już, co się stało. Teraz mógłbym mówić twoją historię, ale jest już późno, więc skrócę ją – zostałem uczniem Siódmego Mistrza. O, był to duży cios, gdyż Siódmy żył już długo, odkąd kilkaset lat temu umarł jego poprzednik. Miał więc duże doświadczenie. Od razu zostałem przyjęty na Mistrza…
 Już, kiedy poszedłem do Akademii, moja siostra tęskniła za mną. Była młoda, nie mogła tam jeszcze iść.  Gdy zostałem uczniem miała do mnie sporo żalu, ale kiedy zostałem Mistrzem, popadła w rozpacz. Krzyczała, że ona jest tylko zwykłym człowiekiem, a tak bardzo chciała zostać w przyszłości Uczniem… mówiła, że ją opuszczę, że ja będę wiecznie młody, a ona będzie przemijać… cóż, skłóciliśmy się, a ja nie miałem czasu, aby ją odwiedzać… żałuję…
 Kiedyś przyjechałem tam, ale nie odnalazłem naszego domu. Wypytywałem po moim rodzie, po nazwiskach, ale nikt nie znał żadnej Ataki. Nie odnalazłem jej i w końcu w zakamarkach pamięci przepadło jej imię… ale obraz małej dziewczynki, która biegnie w moim kierunku na zawsze pozostanie mi przed oczami… Nie wiem, czy ona jeszcze w ogóle żyje…
 Przerwał. Popatrzył w niebo. Jego uśmiech znikał z twarzy wraz z ciągnięciem historii. Akane nieśmiało rzekła:
 - Wiem, ze zawsze się tak mówi, ale… przykro mi, to naprawdę smutne… tylko, że ja nigdy nie wiedziałam, jak to jest. Moją jedyną rodziną... był... mój srogi ojciec. Jestem sierotą, ostatnią z rodu i być może ostatnim psychikiem w całym Kaën. Ale, miałeś mnie o coś zapytać.
 Chimizu poruszył się.
 - A, tak. Właśnie. Ta dziewczyna, która niosła twoją walizkę… to była twoja znajoma?
 Akane skinęła głową.
 - Ona tak zimno na mnie patrzyła… czyżby nie mogła sobie wybaczyć, że do mnie nie trafiła? Czy może nienawidzi Mistrzów? Jak ona się nazywała?
 - Ashima. Jej rodowe nazwisko brzmi - Hatene. Wysyłają ją, aby kogoś zawołać, ewentualnie coś przenieść. Jest jedyna w swoim rodzaju – Akademicki „goniec”. Szybka i silna. Bardzo ambitnie ćwiczy – wytłumaczyła Akane.
 Chimizu raz jeszcze popatrzył w niebo, po czym dokończył jedzenie mięsa. Przez chwilę znowu na jego twarzy nie widać było uśmiechu, lecz po chwili znowu powróciła dawna radość i spojrzał na uczennice. Brunetka również kończyła jeść swoją porcję mięsa. Po chwili ciszy Mistrz oznajmił wreszcie radosnym, a zarazem spokojnym głosem:
 - Ashima to bardzo ładne imię, z resztą tak jak i twoje, Akane. Otaczają nas same piękne imiona, nie sądzisz? – a po chwili dodał – czeka nas jutro długa droga, więc musimy się wyspać. Dobranoc, Akane.
 - Dobranoc, Chimizu-sama – odparła Akane i ułożyła się na swoim kocu.
*
 Ranek był ciepły, ale temperatura ciągle rosła. Słońce wstało z drugiej strony, niż zaszło, tak więc cień rzucany przez skałę znajdował się po drugiej jej stronie. Akane nie wyspała się i zaczęła narzekać w myśli, ale bała się cokolwiek z siebie wykrztusić. Mistrz wstał już i właśnie sprzątał resztki obozowiska, więc postanowiła, że mu pomoże. Po zamienieniu porannego przywitania wsiedli na konie i ruszyli dalej w pustynie.
 Niegdyś otaczająca ich, popękana ziemia ustąpiła miejsca piaskom i koniom trudniej było jechać. Słońce też sprawiało duży kłopot – wczoraj grzało mniej nienawistnie, teraz sprawiało problemy zarówno im, jak i rumakom. Niewiele ze sobą rozmawiali, czasami jedynie robili krótkie postoje, by napić się wody i wymyć piasek z oczu. Akane nie cierpiała pustyń i nie umiała pojąć, jak jej Mistrz je uwielbia. Ponadto narzekała w duchu na sposób poruszania się – zawsze myślała, że wszystkich Piętnastu (a raczej Czternastu) poruszają się w powietrzu, być może teleportują się…
 W południe było zdecydowanie najgorzej. Trudno było im się przeprawić, a już samo marnowanie sił na przywoływanie z głębi ziemi wody sprawiało, iż Akane traciła siły. Dlatego kiedy koło godziny trzeciej zauważyła na horyzoncie ciemny zarys lasu, nie zastanawiała się – poprosiła Mistrza, aby przyspieszyli.
 Kiedy słońce było już zdecydowanie na zachodzie, wreszcie znowu pojawiła się popękana, spalona ziemia i prawie niewidoczna ścieżka, którą podążyli, zjeżdżając jednak na lewo od dotychczasowej drogi, czyli na wschód. Akane nie znała tej trasy – pochodziła z niedalekiego miasta na zachód, nigdy nie jechała tą ścieżką z dwóch powodów. Po pierwsze, nie miała po co, a po drugie – nawet jeśli wybrałaby się w podróż na daleki wschód, zdawałaby sobie sprawę z czyhających tam niebezpieczeństw.
 Na jej wyczucie nie jechali długo – najwyżej półtorej godziny. Ale kiedy wreszcie dojechali do ściany lasu, Chimizu zatrzymał się w cieniu i rzekł:
 - Posłuchaj. Po drodze musimy kogoś jeszcze odwiedzić. Nie może nas to ominąć, bo to jest nasze pierwsze… Hmm, powiedzmy, że zadanie. Wszystko jest po drodze, więc nie bój się. Mianowicie wpadniemy sobie do mojej starej przyjaciółki – Yushiyi. Tantemone Yushiyi.
 - Dobrze, Chimizu-sama.
 Konie ruszyły lekkim kłusem przez ciemny, wilgotny las – panowała tutaj całkiem inna atmosfera – było przede wszystkim zimno. Rzadko kiedy słońce zaglądało przez bujne korony drzew, w zasadzie tylko na nielicznych polanach. Las początkowo obfitował w niewielkie drzewa liściaste o rozłożystych koronach oraz w kamienie, natomiast pod wieczór potężne rośliny zaczęły wydawać się wyższe, ale nadal liściaste. Im dalej jechali, tym więcej było wody – mijali bystre, ale ciche i niezbyt szybkie potoki, pojedyncze bajorka lub bagna.
 Akane słyszała o tym lesie – z początku wyglądał niewinnie, lecz przy górach był ciemny, iglasty, obfitujący w dziesiątki jezior i źródeł, a na samym końcu zdradzieckich, ostrych skał.
 Na noc zatrzymali się przy jednym ze źródeł – zjedli resztkę mięsa i nazbierane przez kilka minut owoce, popijając je wodą z czystego, górskiego źródła. Dopiero wtedy Akane odważyła się zapytać:
 - Kim jest Yushiya?
 Chimizu uśmiechnął się.
 - Miła kobieta. Kiedyś była uczennicą, ale nie mogła znieść stałego towarzystwa – z natury jest samotnikiem. Zrezygnowała więc, ale jej talent był zbyt cenny, byśmy mogli go utracić. Chodzi o to, że praktycznie z niczego – no, bo jak „czymś” można nazwać kilka ziarenek piasku, czy grudkę ziemi? – tworzy wiele przydatnych nam rzeczy. W zasadzie może zmieniać i tworzyć wszystko. Jako pustelniczka zdecydowała się nie zakładać rodziny, a, w sumie, to nawet nie lubi dzieci. Cóż… niestety trzeba byłoby teraz pomyśleć o założeniu familii – w końcu żyje już przeszło siedemset lat.
 - Ile, przepraszam, Chimizu-sama? Przecież zrezygnowała z bycia uczniem, a nawet uczeń nie jest nieśmiertelny i w końcu przeminie… żyje tylko dwa razy dłużej, niż normalnie…
 - Cóż, dobre pytanie. Jak wiesz, siedemset lat temu nasz świat był jeszcze młody, bo obchodził czterystolecie. Jak również wiesz, dawno nie było już Pierwszego i powstawały nowe rasy. Ona powstała z wymieszania dwóch zupełnie dziwnych ras i… cóż (uwielbiam mówić „cóż”, zauważyłaś, Akane?) żyje do dzisiaj. Na nic nie choruje, kiedyś została ciężko ranna, ale udało nam się ją uratować mimo, iż normalny człowiek nie przeżyłby tego. A, jeszcze jedno – może cię w jej wyglądzie coś "uderzyć" i nie będę się na ciebie denerwował, jeśli sparaliżuje cię ze zdziwienia, bo… no, prawdę powiedziawszy, to mnie też wtedy zamurowało – powiedział wesoło Chimizu i uśmiechnął się na wspomnienie.
 Akane dokończyła jedzenie i uznała za stosowne położyć się spać. Jednak kiedy zasypiała, nagle poruszyła się. Usłyszała niespodziewany szelest. Natychmiast wstała, a w jej oczach pojawiła się dziwna szarość. Źrenice powoli wypełniały się owym kolorem, aż zaczęła widzieć wszystko – cal po calu na kilka kilometrów. Mimo nocy wszystko widziała w podczerwieni, każdą mrówkę i każdą mysz. To, co było u góry i pod ziemią również nie było dla niej tajemnicą. Jednak nie zauważyła nic niepokojącego – dookoła była tylko ona i mistrz, poza tym jeszcze śpiące rumaki i zwierzęta leśne.
 Poruszyła się raz jeszcze, gdyż ponownie usłyszała szelest. Dochodził on zza niej i chociaż dokładnie wszystko widziała, odwróciła się. Nadal nic niepokojącego nie ujrzała.
 - Chimizu-sama… dzieje się coś złego…
 Mistrz poruszył się i wstał. Rozglądnął się uważnie dookoła.
 - Co się dzieje?
 - Słyszałam dwa razy jakiś szelest… ale nic nie widzę – powiedziała, raz jeszcze rozglądając się.
 Po chwili oboje znowu usłyszeli jakiś ruch i trzask łamanej gałązki.
 - Chimizu-sama, żadne zwierzę nie złamało w tej chwili gałęzi – powiedziała przerażona.
 - Spokojnie, Akane. Załatwimy to szybko – powiedział Mistrz i wtedy stało się coś dziwnego.
 Wysoki, jasnowłosy mężczyzna zmienił się w jednej chwili w prawdziwego, błękitnego kota o mądrym spojrzeniu i gęstym futerku. Mistrz skoczył w kierunku krzewów. „Jeśli ten ktoś użyłby techniki niewidzialności, jako psychik mogłabym go widzieć… zaraz, to ta gałąź została złamana, jednak po odtworzeniu wzrokowo danych z tego miejsca nie odnotowałam, by był tutaj ktoś, albo coś. Nie umiem też zlokalizować zwierzęcia, lub człowieka, kto takową gałązkę złamał…"
 Mistrz w postaci kota uważnie obwąchiwał teren. Po chwili triumfalnie miauknął i mruknął:
 - Wyczułem go! – po czym odskoczył.
 Chwilę wcześniej w jego miejsce uderzyła czarna strzała. Mistrz natychmiast zmienił się z powrotem w człowieka i spojrzał groźnie na postać, która niemal rozpływała się w mroku. Miała napięty błyszczący łuk, na którym spoczywała kolejna strzała.
 - Uważaj, Akane! Przygotuj się, będziemy walczyć!
 Uczennica kiwnęła szybko głową, chociaż tak naprawdę była zrozpaczona. Widząc szybkie ruchy mistrza i równie szybkie ruchy przeciwnika straciła pewność siebie. Natychmiast jednak poruszyła ręką, a ziemia popękała i wybuchła. Akane odskoczyła, zauważyła koło siebie Mistrza i natychmiast wylądowała na pewnym gruncie, chwiejnie z początku łapiąc równowagę.
 Mistrz wyciągnął głowę do góry i zaczął niuchać w powietrzu niczym kot.
 - Ciągle żyje, ale jest na drugim końcu zrobionej przez ciebie dziury. Najprawdopodobniej przemieszcza się i nie jest sam… poznaję – straszne stworzenia! – Hestery!
 Akane znała hestery – okropne pół wilki, pół ptaki – tylko z opowieści i podręczników. Co prawda nie posiadały mocy magicznej, ale były silne i szybkie. Od wieków służyły złu, a na wolności było ich coraz mniej.
 Uczennica nie wiedziała, co ma robić. W walce z hesterami używa się głównie ognia, lub wody. Wbrew pozorom nie zadziała na nie oślepienie, ponieważ one już są zupełnie ślepe, w dodatku nie lubią przebywać na lądzie i zazwyczaj podczas walk zostają w powietrzu.
 - Dobrze, tak więc ja zajmę się tym gościem, a ty spróbuj walczyć z hesterami, które najprawdopodobniej będą mu pomagać…
 W tym momencie kilka strzał wbiło się w miejsce, w którym jeszcze przed sekundą był mistrz. „Świetnie – pomyślała Akane – nie mogę zawalić już pierwszej walki, ale nie spodziewałam się, że będę musiała walczyć z czymś… TAKIM. Od wieków nikogo nie atakowały… co się dzieje?”
 Nagle księżyc zaszedł za chmury. Mistrz opowiadał, że jeśli zajdzie taka konieczność, może użyć jednego z ataków tak zwanego Kręgu Dziesięciu Kamieni. Snuł opowieści o tym miejscu, w którym był i w którym złożył przysięgę posługiwania się magicznymi sztuczkami. Owych sztuczek tych nauczyło go właśnie to miejsce. Na każdym kamieniu był inny znak, każdy kamień zawierał bowiem inny trik. Kamienie nosiły kolejno nazwy: kwiatu, wody, ognia, księżyca, dnia, wolności, życia i śmierci (był to jeden kamień o nazwie z dwóch słów), słowa, wiatru oraz sprawiedliwości.
 Przygotowała się więc do ataku zwanego Pełnią Księżycowego Blasku. W duchu modliła się, aby ten atak zakończył wszystko, ponieważ i tak był potężny i niszczył tak wiele istnień i rzeczy martwych…
 W jednej chwili doszło do kolejnego, potężniejszego wybuchu. Nic w promieniu piętnastu mil nie uchroniło swojego życia, prócz Akane i samego Mistrza. Atak miał bowiem właściwości, które chronią współtowarzyszących atakującemu. Dwa, biedne rumaki stały pod najbardziej odległą od Akane ścianą lasu i cicho rżały.
 - U góry! – krzyknął Chimizu.
 Akane odskoczyła w ostatniej chwili, ale jedna ze strzał cięła jej ramię. Dziewczyna jęknęła i natychmiast wytworzyła na ręce palący ogień, który po prostu rzuciła w kierunku odlatujących hester. Na jednej z nich znajdowała się zakapturzona postać, zupełnie nie tknięta przez jakikolwiek atak, szykująca się do kolejnego strzału. Akane drgnęła i jęknęła z bólu, ale mimo to wytworzyła następny promień, celując dokładnie w głowę jednej z hester.
 Udało się. Tym razem brunetka trafiła w jedno ze stworzeń, które zaczęło się palić, a po chwili nie został z niego nawet popiół. W tym samym momencie jakaś strzała poleciała w kierunku postaci siedzącej na wilkoptaku. Mistrz naciągał na cięciwę łuku następną strzałę.
 - Nie mówiłem ci jeszcze, czym walczę prócz magii? Wybacz, zapomniałem. A nawiasem, fajny przeciwnik – specjalizuje się w tym samym, co ja. Wykończ hestery.
 Akane skinęła głową, patrząc w kierunku mistrza. Wiedziała, że będzie trudno pokonać te potwory, dlatego przygotowała pułapkę – wytworzyła więcej ognia. Mianowicie była to płonąca, duża ściana. Co prawda Akane włożyła w nią dużo swojej siły, ale opłaciło się. Postać, zajęta strzelaniem w Chimizu, dopiero po chwili zauważyła pędzącą w jej kierunku ścianę. Podskoczyła więc do góry (a robiąc to ominęła dodatkowo kilka strzał), a opadła na jedną z czterech hester, które pozostały w walce.
 Brunetka nie miała za bardzo gdzie się ukryć – ściana lasu była daleko, za sprawą ataku, jaki zadał Mistrz. Teraz postać zauważyła, że chcą wykończyć jej zwierzęta, które są bardzo pomocne w walce i skoncentrowała się na tym, aby szybko wyeliminować Akane.
 Parę strzał wbiło się w rządku jedna po drugiej. Uczennica biegła tak szybko, na ile było ją stać, próbując dodatkowo leczyć swoje ramię. Po chwili zatrzymała się i energicznym ruchem rzuciła w kierunku postaci ścianę magicznej mocy. Zderzyła się ona ze strzałami Mistrza, trafiając ze zmniejszoną mocą w jedną z hester. Postać zniknęła.
 Akane miała złe przeczucie. I wszystko się zgadzało, bo po chwili dostała łukiem w twarz. Nieznajomy z niesamowitą prędkością atakował brunetkę, co dowiodło, że jego ruchy są płynne również na ziemi. Nie trwało to jednak długo, gdyż do akcji wkroczył błękitny kot, który zaatakował postać od tyłu. Ta wywinęła się spod jego szponów, które okazały się być zatrute. Akane natychmiast poderwała się i wytworzyła następną falę mocy, która i tak nie trafiła w szybką i zwinną postać.
 Mistrz z powrotem zmienił się w człowieka i przywołał swój łuk. W powietrzu pojawił się zarys drewnianej broni z od razu przygotowaną strzałą. Gdy Chimizu strzelił, na plecach zmaterializował mu się od razu kołczan pełen strzał. Wyciągnął kilka z nich, w których znajdowały się inne od wszystkich, zielone pióra.
 - Sztuka łucznika numer jeden – niesione w kierunku wroga – wyszeptał.
 Sześć strzał poszybowało w górę, za uciekającą postacią. Wszystkie odskoczyły od wroga i zaatakowały z czterech stron świata, od góry i od dołu. Ale ruchy przeciwnika stały się tak szybkie, że prawie nie było go widać. Pojawiła się co chwilę w najmniej oczekiwanym miejscu i momencie.
 - Akane, to nie jest wróg dla ciebie. Możliwe, że sam sobie nie poradzę, ale ty powinnaś teraz stanąć na boku i leczyć rany, uwierz mi. Lepsza będzie dla mnie pomoc bez ran, niż z ranami. I nie ma żadnego „ale”, zrozumiałaś? Jeśli mam do czynienia z łucznikiem, odpowiem łukiem i strzałami. Jeśli mam do czynienia z kimś tak szybkim i zwinnym… odpowiem szybkością i zwinnością!
 I po chwili nie było go już widać, gdyż po błyskawicznej zamianie w kota przepadł bez śladu. Brunetka natychmiast zaczęła leczyć rany, ale co chwilę spoglądała na walkę. Akane nie marnowała już energii używaniem specjalnych oczu, ale miało to w tej sytuacji jedną wadę. Normalnymi oczyma prawie nic nie było widać, postacie biegały, skakały, mijały się ze sobą, albo zderzały w zaciętej walce.
 A ran nie można było wyleczyć szybko. Zwłaszcza tej solidnie krwawiącej, z ramienia. Sprawiała ona wiele kłopotów. Bolała bardzo, szczególnie przy leczeniu jej – polegało to na stworzeniu małego, niebieskiego (czasami też zielonego) pyłku, który był w rzeczywistości magiczną mocą. Specjalnie wytrenowana siła nie łagodziła bólu, ale leczyła ranę. Dopiero po zniknięciu jakiejkolwiek oznaki obecności blizny ból znikał.
 Na moment znowu uaktywniła oczy, aby zorientować się w sytuacji. Uczennica dokładnie widziała każdy ruch Mistrza i nieznanej postaci. Niestety, ów osoba bardzo dobrze zabezpieczyła się przed tego typu sztuczkami, ponieważ otaczała ją mgła tajemnicy – Uczennica nie mogła dowiedzieć się o niej nic konkretnego. I wtedy stało się coś, co spowodowało, że zamarła.


Pozdrawiam :).
Zapisane
Żyć... umierać... być nieśmiertelnym...

"...Zawsze są powody do zabicia człowieka. Nie sposób za to udowodnić, że powinien żyć..."

Jedyna winna. Skazana na śmierć. Fajnie, niee? x3

anas

  • *
  • Płeć: Kobieta
  • Wiadomości: 4660
Odp: Dni niepotrzebne
« Odpowiedź #6 : 2008-06-10, 19:14 »
Cuuuuudne ^^ Czekam na CD
Zapisane
"Gdyby istniało Newtonowskie trzecie prawo konwersacji, głosiłoby, że każde stwierdzenie wywołuje kontrstwierdzenie o równej sile i przeciwnym zwrocie."
~Hugh Laurie "Sprzedawca Broni"
Strony: [1]   Do góry
 

Strona wygenerowana w 0.164 sekund z 28 zapytaniami.