Lupo raczej oboętnie, choc nie powiem - na zadowolonego nei wyglada, ale wszystkie zabiegi znosi.
Teddy z kolei nie. Wchodząc do weta muszę mu zakładać kaganiec, bo zaczyna sie rzucac na weterynarza, gdy ten sie chce tylko zblizyć.
Przyczyna jest jednak wiadomo. Teddy jako szczeniak byl powaznie chory i kilka razy w tygodniu jezdzil do weta. Zastrzyki, poxniej operacja, zdejmowanie szwow, kontrole itp. Za kazdym razem jeszdzilismy tam autem, wiec teraz jak jedziemy gdziekolwiek samochodem, Teddy zaczyna przerazliwie piszczec (podczas calej drogi, bez przerw), dlatego podroze z nim to naprawde przykra sprawa. Ciagle go trzeba uspokajac, nie moze spac, wierci się itp.
A u weta, wiadomo. Podczas zastrzykow musze go trzymac cala swoja siłą, bo inaczej sie wyrwie. Wyje potwornie, jak widzi chociazby zblizajacego sie weta ze strzykawka. Zawsze mam lzy w oczach, ze on tak strasznie to przezywa...